Pierwsza wyprawa na najwyższy szczyt Turcji – Ararat miała miejsce w sierpniu 2022 r.
Góra Ararat to masyw wulkaniczny leżący w centrum Wyżyny Armeńskiej między jeziorami Wan i Sewan, na terytorium Turcji, 32 km od granicy z Armenią i 16 km od granicy z Iranem. Masyw górski zajmuje powierzchnię ok. 1000 km² i składa się z dwóch szczytów: Wielkiego – 5137 m n.p.m. i Małego Araratu 3896 m n.p.m.
Po Kazbeku z roku 2024 r. pojawił się pomysł, żeby powtórzyć Ararat. We współpracy
z Adventure24 udało się zebrać odpowiednią ilość osób i tak 02-08-2025 r. zaczęła się nasza wielka przygoda. Z Pszczyny wyruszyliśmy w siódemkę: Joanna, Halina, Ewa, Basia, Andrzej, Jakub oraz Mariusz. Na lotnisku w Warszawie dołączyli do nas: Monika, Ania, Ela, Ania, Gosia, Agata, Waldek, Marcin oraz Ania – nasz liderka.
Po około 2,5 godzinnym locie nocą docieramy na największe w Turcji lotnisko w Stambule.
Po szybkim transferze do hotelu – krótki odpoczynek. W hotelu czekała na nas już ostatnia część grupy: Laura, Zuza oraz Olek z którymi spotykamy się rano. O 5.20 już w pełnym składzie ruszamy z powrotem na lotnisko by udać się ok. 1000 km w stronę Wschodniej Turcji do Van – to już Azja, Kurdystan.
Z Van przejeżdżamy busem do Doğubayazıt, około 170 km a trasa częściowo wiedzie wzdłuż największego (120 km długości) i najgłębszego (około 450m) jeziora w Turcji – jezioro Van. Przejazd wykorzystaliśmy intensywnie. Popłynęliśmy w rejs na wyspę Akdamar, gdzie mieliśmy czas na zwiedzanie i na kąpiel w jeziorze. Ahtamar – jest to jedna
z największych wysp na jeziorze Van. Znajduje się na niej zabytkowy ormiański kościół Krzyża Świętego z X wieku z cennymi freskami, które udało nam się również zobaczyć. Następnie po pysznym obiedzie w lokalnej restauracji pojechaliśmy zwiedzać twierdzę i odwiedzić „koty z Van”. Ostatnią atrakcją na trasie okazały się malownicze wodospady Muradiye. Po dojechaniu do Doğubayazıt udaliśmy się na kolację do lokalnej restauracji, gdzie ustaliliśmy ramy działania na najbliższe dni.
Zgodnie z planem rano trzeciego dnia po śniadaniu ruszyliśmy busami do podnóża Araratu. Cały „ciężki sprzęt” został przepakowany na wykorzystywane do transportu konie a my na lekko ruszyliśmy w górę. Ostatecznie do obozu pierwszego dotarliśmy po paru godzinach bardzo spokojnego i wolnego marszu w trakcie, którego zaczynamy się aklimatyzować. Obóz pierwszy robi na nas wrażenie – jest dobrze zorganizowany. Składa się z mess, kuchni
i kilkudziesięciu wygodnych namiotów. Dla odważnych prowizoryczny prysznic z ciepłą wodą !!! Ponadto obóz posiada kilka znośnych „toalet”.
Po dotarciu do obozu czeka na nas przygotowany obiad, lokujemy się w namiotach, odpoczywamy i przygotowujemy się do wyjścia, w kolejnym dniu, do „dwójki”. Wieczorem kolacja i ustalenie szczegółów dnia następnego. Najważniejsza kwestią jest odpowiednie nawodnienie, żeby dopadła nas choroba wysokościowa, żeby było bezpiecznie. A faktycznie pierwsze problemy z wysokością i nie tylko zaczynają się pojawiać – lekki ból głowy, trochę przypadłości gastrycznych.
W kolejnym dniu realizujemy założony plan, czyli śniadanie a następnie bardzo powolny aklimatyzujący spacer do znajdującego się na wysokości około 4200m n.p.m. obozu drugiego. W sumie przewyższenie około 1000m, jednak marsz zajmuje nam parę godzin.
Po drodze podziwiamy otaczający nas krajobraz i podziwiamy majestat góry. Mijamy również sporą ilość koni transportujących w górę rzeczy tych, którzy będą atakować szczyt a w dół rzeczy tych turystów, którzy Ararat mają za sobą. Po dotarciu do „dwójki” jemy, pijemy, odpoczywamy i przyzwyczajamy się do wysokości. Następnie schodzimy do „jedynki” i znów jedzenie, picie oraz ustalanie planu na kolejne dwa dni. A plan jest dość prosty, dojść na spokojnie do „dwójki”, przespać się, przepakować rzeczy i w nocy ruszyć na atak szczytowy. Wszystko idzie całkiem sprawnie, aklimatyzację w oparciu o pomiary pulsoksymetrem mamy całkiem dobrą. Dzień piąty to ponowne dojście do „dwójki”, z tą różnicą, że reszta naszych rzeczy (śpiwory, wyposażenie na atak szczytowy) jest tam dostarczana na grzbietach koni a my powoli i spokojnie docieramy do obozu drugiego.
„Dwójka” nie jest już tak komfortowa jak „jedynka”. Jednak i tutaj czeka na nas smaczny
i pożywny obiad przygotowany przez naszych przewodników oraz słodkie smakołyki.
Ustalamy dwie grupy atakujące szczyt – pierwsza grupa melduje się na „śniadaniu”
o godzinie 23:00 – w górę będzie wychodzić o 24:00. Druga grupa będzie wychodzić godzinę później. W nocy wszystko idzie zgodnie z planem, gdy pierwsza grupa wychodzi, druga grupa zbiera się na jedzenie i w górę wychodzi o godzinie pierwszej.
Przy światłach czołówek idziemy powoli w górę. Całkiem sprawnie docieramy do miejsca, w którym zaczyna się lodowiec i ostatnie około 150 m przewyższenie. Tutaj czas na założenie raków i ewentualnie dodatkowej warstwy odzieży. Na szczycie Araratu (5137 m n.p.m.) meldujemy wczesnym rankiem przy bardzo dobrej pogodzie.
Kilkanaście minut na zdjęcia przy naprawdę pięknej słonecznej pogodzie. Wiatr jest, ale niewielki. Oczywiście wzajemne i nie tylko gratulacje, podziękowania i ruszamy w drogę powrotną, ustępując miejsca kolejnym wchodzącym. Czas na zejście. Schodzimy do obozu drugiego. Po krótkim odpoczynku i spakowaniu rzeczy zaczynamy schodzić do obozu pierwszego gdzie świętujemy wejście na szczyt i odpoczywamy.
Następnego dnia schodzimy na dół, ładujemy się do czekających na nas busów
i jedziemy do hotelu w Doğubayazıt. W hotelu czas na odpoczynek i po południu ruszamy na zaplanowane zwiedzanie Pałacu Ishak Pasha oraz Parku Arki Noego. Wieczorem wspólna kolacja.
Zapasowy dzień wykorzystujemy typowo krajoznawczo – jedziemy na wycieczkę do ruin Ani. Ani, czyli dawna (X wiek) stolica Armenii a obecnie ruiny tego miasta leżą na terytorium Turcji przy granicy z Armenią. Miejsce naprawdę warte odwiedzenia szczególnie przez osoby interesujące się historią. Ruiny tego miasta, które konkurowało z Konstantynopolem od 2016 roku są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wycieczka zajmuje nam właściwie cały dzień i wieczorem wracamy Doğubayazı.
Wczesnym śniadaniem rozpoczynamy podróż powrotną – przejazd na lotnisko do Van i wylot do Stambułu. W Stambule lądujemy na tyle wcześnie, że mamy trochę czasu na zwiedzanie.
W trakcie „szybkiego” zwiedzania Stambułu udaje nam się zobaczyć, m.in. takie zabytki jak Hagia Sophia – pierwotnie kościół Mądrości Bożej (tzw. Wielki Kościół), najwyższej rangi świątynia chrześcijańska w czasach Cesarstwa Bizantyjskiego a obecnie meczet i muzeum; Błękitny Meczet (wybudowany w XVII wieku w celu przyćmienia wspomnianej świątyni chrześcijańskiej), budynek ten jest przykładem sztuki islamskiej w Turcji. Spacerując po Stambule mieliśmy możliwość minimalnego poznania życia w tym mieście, innej kultury a także minusów tego prawie 16 milionowego miasta, w tym bardzo dużego ruchu i widocznej biedy oraz głodu w kontraście do całkiem bogatej dzielnicy turystycznej. Dotarliśmy również nad Bosfor, cieśninę oddzielającą Europę od Azji. Pożegnalna kolacja, spacer po nocnym Stambule.
I tak dotarliśmy do ostatniego dnia naszej wyprawy, śniadanie i ostatnie wyjście na miasto. Cześć osób wykorzystała ten czas na zwiedzanie, część na zakupy pamiątek. Byli i tacy którym udało się połączyć obie te aktywności. Następnie transfer na lotnisko i powrót do kraju.
W przyszłym roku planujemy wyprawę na Kilimandżaro, aktualnie dopinamy wszystko – szczegółowe informacje znajdziecie wkrótce na naszej klubowej stronie.






























