• Relacja z wyprawy na Kilimandżaro 1-11.08.2026 r.


    Po zdobyciu Araratu w 2022 i 2025 roku oraz Kazbeku w 2024 roku, w 2026 przyszedł czas na kolejne wyzwanie – Kilimandżaro, 5895 m n.p.m., najwyższą górę Afryki.

    Diablakowa, 10-osobowa grupa rozpoczęła swoją przygodę 1 sierpnia. Plan podróży wydawał się prosty: Pszczyna – Warszawa – Wiedeń – Addis Abeba – Tanzania. Kilkanaście godzin w samolotach i w niedzielę przed południem mieliśmy być w hotelu w Moshi. Reszta dnia na odpoczynek, przepakowanie i zapoznanie się z pozostałymi uczestnikami wyprawy. Plan prosty, łatwy i… jak się okazało, tylko na papierze.

    Najpierw przesunięto godzinę wylotu z Warszawy, a wieczorem lot do Wiednia został ostatecznie odwołany. Zaproponowano nam przebukowanie na trasę Warszawa – Amsterdam – Nairobi – Tanzania, z przylotem w niedzielę wieczorem. Ten wariant również nie doszedł do skutku, o czym dowiedzieliśmy się około piątej rano, po nocy spędzonej na lotnisku.

    Kolejne przebukowanie: Warszawa – Paryż – Nairobi – Tanzania. Tym razem udało się wylecieć z Warszawy, chociaż również nie bez problemów – wcześniej mieliśmy jeszcze częściową ewakuację Lotniska Chopina. W Paryżu następna niespodzianka. Lot do Nairobi został opóźniony o około półtorej godziny i stało się jasne, że na przesiadkę do Tanzanii nie zdążymy.

    Samolot oczywiście na nas nie poczekał.

    Kolejną noc spędziliśmy więc na lotnisku w Nairobi. Na szczęście tym razem w saloniku VIP – było jedzenie, prysznic i trochę wygodniejsze warunki. Była też coraz większa niepewność, czy uda się przebukować bilety tak, aby w poniedziałek rozpocząć trekking zgodnie z planem.

    Ostatecznie, po kolejnych perturbacjach i dwukrotnym przebukowaniu lotów, w poniedziałek 3 sierpnia około godziny 9.00 docieramy na Kilimanjaro International Airport w Tanzanii. Udaje się również przesunąć godzinę rozpoczęcia trekkingu. Z lotniska jedziemy około godziny do hotelu w Moshi. Szybkie przepakowanie, jedzenie, ogarnięcie najważniejszych rzeczy i około godziny 12.00 ruszamy w góry.

    Cała podróż Pszczyna – Moshi zajęła nam 56 godzin. Pierwotnie miało być kilkanaście.

    Słów kilka o górze

    Kilimandżaro to najwyższa góra Afryki, wznosząca się na 5895 m n.p.m. Znajduje się w północno-wschodniej Tanzanii, niedaleko granicy z Kenią. To ogromny masyw wulkaniczny zbudowany z trzech głównych części: Kibo, Mawenzi i Shira. Najwyższą z nich jest Kibo, a na jego krawędzi znajduje się Uhuru Peak – najwyższy punkt całego masywu. Nazwa „Uhuru” w języku suahili oznacza „wolność”, stąd często spotykane określenie „Szczyt Wolności”.

    Kilimandżaro jest wulkanem uśpionym, a jego ostatnia znana aktywność wulkaniczna miała miejsce bardzo dawno, jeszcze w plejstocenie. Masyw wyrasta samotnie ponad otaczające go równiny i już z daleka robi ogromne wrażenie. Podczas wejścia przechodzi się przez kilka zupełnie różnych stref roślinnych i klimatycznych – od wilgotnego lasu górskiego, poprzez wrzosowiska, aż po niemal pozbawioną życia pustynię wysokogórską i okolice szczytu z lodowcami.

    Technicznie popularne drogi na Kilimandżaro nie należą do klasycznej wspinaczki wysokogórskiej. Nie oznacza to jednak, że wejście jest łatwe. Największym przeciwnikiem jest wysokość, związana z nią coraz mniejsza ilość tlenu, wielogodzinny wysiłek oraz niskie temperatury podczas ataku szczytowego. Od 1987 roku Park Narodowy Kilimandżaro znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

    My wybraliśmy siedmiodniową trasę Machame.

    Moshi (ok. 900 m) /samochodem/ → Machame Gate (1800 m) → Machame Camp (2835 m) → Shira Cave Camp (3750 m) → Lava Tower (4600 m) → Barranco Camp (3900 m) → Karanga Camp (3995 m) → Barafu Camp (4673 m) → Stella Point (5756 m) → Uhuru Peak (5895 m) → Stella Point (5756 m) → Barafu Camp (4673 m) → Mweka Camp (3100 m) → Mweka Gate (1640 m) /samochodem/ → Moshi (ok. 900 m).

    W górę

    Od momentu dotarcia do hotelu realizacja wyprawy przez naszą 15-osobową grupę – 14 uczestników i Anię, naszą liderkę – przebiega już bardzo sprawnie. Poszczególne etapy pokonujemy bez większych problemów. Dla większości naszej Diablakowej dziesiątki nie było to pierwsze spotkanie z wysokością powyżej 5000 metrów. Za nami były już Ararat czy Kazbek, więc wiedzieliśmy mniej więcej, czego można się spodziewać.

    Okazjonalny ból głowy czy lekkie osłabienie pojawiały się, ale przy tej wysokości nie było w tym niczego zaskakującego. Najważniejsza była aklimatyzacja. Nie chodziło przecież tylko o to, żeby wejść na szczyt, ale żeby zrobić to bezpiecznie, a później równie bezpiecznie z niego zejść.

    Siedmiodniowy wariant trasy Machame daje pod tym względem sporo możliwości. Trasa wielokrotnie prowadzi w górę, później schodzi niżej, aby następnego dnia znowu zdobywać wysokość. Szczególnie ważny był etap przez Lava Tower na 4600 m, po którym schodziliśmy na nocleg do Barranco Camp na 3900 m. W praktyce stosowaliśmy więc jedną z podstawowych zasad aklimatyzacji: wchodź wysoko, śpij nisko.

    Chodzenia było sporo. Od Machame Gate do samego Uhuru Peak to około 40 kilometrów. Do tego dochodzi wysokość, podejścia i zejścia, więc tempo nie mogło być szybkie. Powolutku, pomalutku – góra, dół, znowu góra – i krok po kroku zbliżaliśmy się do celu.

    W końcu 8 sierpnia 2026 roku o godzinie 7.30 cała nasza grupa melduje się na Uhuru Peak – 5895 m n.p.m.

    Atak szczytowy rozpoczęliśmy około północy, więc na górze byliśmy już solidnie zmęczeni, ale przede wszystkim bardzo zadowoleni. Oczywiście zdobycie szczytu nie oznacza końca dnia. Trzeba było jeszcze zejść przez Stella Point do Barafu Camp (4673 m), odpocząć, coś zjeść, a później tego samego dnia ruszyć dalej w dół do Mweka Camp (3100 m).

    Jak na jeden dzień – sporo.

    Wieczorem, solidnie zmęczeni, byliśmy jednak na miejscu. Szczyt zdobyty. Można było w końcu zacząć świętować.

    Kilimandżaro to również ludzie

    Przez kilka dni trekkingu naszej grupie towarzyszyło około 45 osób obsługi, licząc przewodników, porterów i – bardzo ważną postać całej wyprawy – kucharza. W naszym przypadku na jednego uczestnika przypadały więc statystycznie około trzy osoby zaplecza.

    Dopiero będąc na miejscu można zobaczyć, jak ogromna logistyka stoi za takim trekkingiem. Praktycznie każdego dnia nasz obóz był rozbierany, przenoszony do kolejnego miejsca i ponownie składany. Namioty, mesa, czyli namiot-jadalnia, zaplecze kuchenne, toalety, żywność, wyposażenie i bagaże – wszystko musiało znaleźć się w kolejnym campie zanim tam dotarliśmy.

    My szliśmy ze swoimi plecakami, ważącymi mniej więcej 12–15 kg. Pozostałą część wyposażenia transportowali porterzy.

    I właśnie oni są nieodłączną częścią Kilimandżaro. W przeciwieństwie do naszych wcześniejszych wypraw na Ararat czy Kazbek nie spotkaliśmy tutaj koni transportujących wyposażenie – zdecydowana większość zaplecza przenoszona jest przez ludzi. Dla wielu mieszkańców regionu Kilimandżaro praca przy wyprawach jest ważnym źródłem utrzymania.

    To również pokazuje, jak wielkie znaczenie ma turystyka górska dla lokalnej społeczności. W 1961 roku niepodległość uzyskała Tanganika, a w 1964 roku połączyła się z Zanzibarem, tworząc dzisiejszą Tanzanię. Dziś Kilimandżaro jest nie tylko symbolem kraju, ale również miejscem pracy dla tysięcy osób związanych z turystyką.

    Bez przewodników, porterów, kucharzy i całej tej ekipy nasza wyprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.

    A co widzieliśmy po drodze?

    Przez cały trekking pogoda była po naszej stronie. Słońce, w dzień w miarę ciepło, wysoko w górach nocą przymrozki i – co najważniejsze – ani jednego dnia deszczu. Wszystko to w sierpniu, czyli w chłodniejszej i suchej części roku, czasem określanej potocznie jako afrykańska zima.

    A krajobraz zmieniał się właściwie każdego dnia.

    Zaczynaliśmy w gęstym, wilgotnym lesie, wśród wysokich drzew, paproci i bujnej roślinności. Wraz ze zdobywaniem wysokości las stopniowo znikał, pojawiały się wrzosowiska, a przestrzeń wokół nas stawała się coraz bardziej otwarta. Coraz częściej mogliśmy też oglądać potężny masyw Kilimandżaro.

    Wyżej zobaczyliśmy rośliny charakterystyczne dla tych wysokości, między innymi ogromne lobelie i starce drzewiaste. Płaskowyż Shira to już zupełnie inny krajobraz – szeroka, otwarta przestrzeń będąca pozostałością jednego z dawnych wulkanicznych elementów masywu.

    W rejonie Lava Tower (4600 m) zrobiło się zdecydowanie bardziej surowo. Skały, materiał wulkaniczny i coraz mniej roślinności. Później zejście w kierunku Barranco, widoki na Kibo i jeden z najbardziej charakterystycznych fragmentów całej trasy – Barranco Wall. Z dołu ściana robi duże wrażenie, a szlak prowadzi stromo w górę pomiędzy skałami.

    Im bliżej Karanga i Barafu, tym krajobraz stawał się bardziej pustynny. Czarne skały, pył wulkaniczny, praktycznie brak roślinności i coraz wyraźniejsze poczucie, że jesteśmy już naprawdę wysoko.

    Podczas ataku szczytowego krajobraz zmienił się jeszcze raz. W okolicach krawędzi krateru pojawiły się pola lodowe i charakterystyczne lodowce Kilimandżaro. A na końcu był Uhuru Peak – 5895 m n.p.m. i widok, dla którego przez kilka dni mozolnie pięliśmy się w górę.

    Powrót do Moshi

    9 sierpnia kończymy naszą przygodę z Parkiem Narodowym Kilimandżaro. Schodzimy do Mweka Gate i wracamy do hotelu w Moshi, gdzie możemy już spokojnie celebrować zdobycie jednego z siedmiu szczytów Korony Ziemi.

    10 sierpnia udaje nam się jeszcze trochę zobaczyć samo Moshi. Poznajemy lokalną kulturę, próbujemy miejscowej kawy wypitej w – delikatnie mówiąc – średnio pewnym miejscu, a przejażdżka miejscowymi tuk-tukami, czyli bajaji, również dostarcza nam trochę dodatkowych emocji. 🙂

    Tym razem bez kolejnych lotniczych niespodzianek.

    11 sierpnia, wczesnym popołudniem, docieramy do Pszczyny.

    Cały wyjazd poprzedził około roczny okres przygotowań: zbieranie chętnych, kompletowanie sprzętu, rozmowy pomiędzy uczestnikami, planowanie oraz duże wsparcie ze strony Adventure24.

    Kolejna nasza wyprawa zakończyła się sukcesem.

    Gratulacje dla Haliny, Basi, Asi, Kasi, Janka, Krzyśka, Mariusza, Kuby, Przemka oraz autora tego tekstu za determinację i zdobycie Uhuru Peak – 5895 m n.p.m.

    Wszystkim, którzy nas wspierali, obserwowali naszą wyprawę i trzymali za nas przysłowiowe kciuki – DZIĘKUJEMY!

    A my już myślimy o kolejnych wyzwaniach.

    Projekt 2027: Elbrus (5642 m n.p.m.) i Kazbek (5054 m n.p.m.).

    Osoby zainteresowane udziałem prosimy o kontakt:

    kst.diablak@gmail.com

    POWRÓT